That day, I felt particularly strong that two things are important on the wedding day. Actually 3. A complex vow, meeting with your loved ones and being yourself. Their day was about it. It was also full of beautiful details, great interiors, live and moving music. In short, everything that creates a great background. A background for feelings, emotions, being here and now.

However, I will come back to those details for a moment. It doesn’t happen often to photograph in a church with a disco ball and graffiti. A bride in a navy blue dress, with a son on her chest, entering the temple to the sounds of the most beautiful Sweet Child o’Mine. First, the rite of baptism, a married vow after. Later on, we walked through the streets of Copenhagen to one of the best-designed Danish restaurants for the wedding dinner. There everyone laughed a lot, sang, raised toasts …

Tego dnia wyjątkowo mocno poczułam, że w dniu ślubu ważne są dwie rzeczy. Właściwie 3. Składana przysięga, spotkanie z najbliższymi i bycie sobą. Ich dzień o tym opowiadał. Były też piękne detale, świetne wnętrza, grana na żywo i wzruszająca muzyka. Jednym słowem, wszystko to, co tworzy wdzięczne tło. Tło dla uczuć, emocji, bycia tu i teraz.

Jednak wrócę jeszcze na chwile do tych detali. Nie często fotografuje się w kościele z dyskotekową kulą i grafitti. Panią młodą w granatowej sukience, z synkiem na piersi, wchodzącą do świątyni przy dźwiękach najpiękniejszego Sweet Child o’Mine. Jako pierwszy piękny obrzęd chrztu, po nim małżeńska przysięga. Później pieszo ulicami Kopenhagi przeszliśmy do jednej z lepiej zaprojektowanych duńskich restauracji na poślubny obiad. Tam wszyscy dużo się śmiali, śpiewali, wznosili toasty…

Ah na tych zdjęciach widać, że mam słabość do dziecięcych stópek. 

Leave A

Comment